Po godzinachpodróże i książki · Jerzy Stawicki

Przez pola ryżowe Yuanyang - dzień pierwszy

Obieżyświat

Wracamy do magicznych miejsc w moim ukochanym chińskim Yunnanie. Tym razem zapraszam na pieszą wędrówkę po polach ryżowych Yuanyang. Pola ryżowe Yuanyang leżą jakieś 300 km na południe od stolicy Yunnan - Kunmingu. Żeby się tam dostać, trzeba po prostu wsiąść w autobus pokonujący tę trasę w 9 godzin. Dlatego też postanowiliśmy skorzystać z nocnego autobusu sypialnego, wyruszającego z dworca autobusowego w Kunmingu o 19:30. Podróż tym autobusem zasługuje na odrębną opowieść z gatunku horrorów - ale może następnym razem.

Dzielnie więc przetrwaliśmy ten autobusowy horror, obudziliśmy się przed świtem, gdy autobus gdzieś się zatrzymał i kierowca wyłączył silnik. Chińczycy dalej spali, zaczęło powoli świtać i na budynku na placu gdzie staliśmy dało się odczytać w chińskich znakach: Xinjie qi che zhan. Byliśmy więc na początku naszej trasy na dworcu autobusowym w Xinjie, zwanym inaczej Yuanyang. Pola ryżowe w tej okolicy położone są na stromych stokach wokół przebiegającej od północy i zamkniętej na południu doliny. Tereny te zamieszkuje jedna z licznych w Chinach mniejszości - lud Hani. Same zaś tarasy ryżowe powstały jakieś 800-900 lat temu i od tamtej pory są pielęgnowane i utrzymywane przez pokolenia. Dlaczego zaś - wg mnie - można je zaliczyć do magicznych miejsc w Yunnanie? Po pierwsze wędrówka trawersami doliny, bezpośrednio między poletkami ryżu obfituje w niesamowite widoki na tarasy ryżowe, daje też możliwość obserwowania jak wygląda praca na tych tarasach i jak - często wręcz od świtu - są one przez mieszkańców wiosek pielęgnowane. Widać też, ze uprawa i pielęgnowanie takich pól ryżowych to praca dla zgranego kolektywu: w porze zasiewów całe wioski po prostu wylegają na pola; podobnie jest także w porze żniw ryżowych. Pojedynczy człowiek nie ma tu po prostu żadnych szans. Po drugie daje możliwość podziwiania sztuki inżynierskiej: tarasy często są położone na zboczach o nachyleniu bliskim 45 stopniom; w okresie gdy przez nie wędrowaliśmy (koniec maja) zielone pędy ryżowe miały już kilkanaście centymetrów wysokości, ale zieleniejące się poletka nadal zawierały wiele wody. Małe przerwanie niewielkich wałów odgradzających poszczególne poletka i - jak sądzę - w parę minut większość tych pól ulegała by zniszczeniu. A jednak istnieją i żywią tubylców od tych ponad 800 lat. Kolejną atrakcją wędrówki są wioski położone na drodze wzdłuż obu boków doliny. Zamieszkujący je lud Hani generalnie nie należy do zwolenników czystości i higieny. Po uliczkach wiosek maszerują krowy i świnie, często zresztą wychodzą one z poszczególnych zabudowań; panuje generalny - delikatnie mówiąc nieład i nieporządek, w niektórych wioskach wręcz przekraczający ludzkie wyobrażenie, że w takich warunkach można jeszcze żyć. Tyle, że na każdym niemal domu widać antenę satelitarną, z w każdym wioskowym sklepiku gra telewizor.

Naszą pieszą wędrówkę rozpoczęliśmy od położonej w pobliżu Xinjie wioski. Odbiegała ona zdecydowanie na plus od kolejnych wiosek przez które przechodziliśmy. Była zadbana, miała lokalne muzeum, kasę z biletami wstępu do wioski i okrężną trasę wokół wioski, na której towarzyszył nam miejscowy oryginał powtarzający co chwilę “Hani people, Hani people”. Właśnie w tej wiosce znajduje się wiele dobrze zachowanych krytych strzechą, glinianych domów w kształcie grzyba (foto). Przez cały dzień wędrowaliśmy wokół doliny, przechodząc przez kilka wiosek i trafiając na punkt widokowy na pola - w budowie, co jednak nie zwolniło nas od sowitej opłaty. Najpiękniejsze widoki pierwszego dnia wędrówki natrafiliśmy tuż za wioską Malizhai, gdzie jeszcze Chińczycy nie zbudowali punktu widokowego. Nocleg zaplanowaliśmy w wiosce Duoyishu, w guesthouse znalezionym w Internecie. Gdy więc po wędrówce przez pola ryżowe dotarliśmy do wcześniejszej, odległej o 5 km wioski Shencun, także nie należącej do najczystszych i najschludniejszych, czym prędzej złapaliśmy busik do “naszej wioski”. Nie dotarliśmy jednak busikiem do celu, gdyż … fragment drogi był w budowie: na odcinku blisko 500 metrów, na całej szerokości drogi armia Chińczyków pracowicie układała kostkę. Uwijali się jak przysłowiowe mrówki, ale jechać dalej się po prostu nie dało (foto). Do naszego guesthousu, który wcale nie było łatwo znaleźć dotarliśmy więc pieszo. I tu przemiła niespodzianka: czysto i schludnie, miły właściciel, znający nawet putonghua, czyli główny dialekt chiński, który od razu proponuje nam zimne piwo oraz obiado-kolację i zaczyna ją sam przygotowywać. Sama wioska też odróżniała się na plus od tych, które mijaliśmy wcześniej: niby też “Hani people”, też wokół tarasy ryżowe, a zupełnie inni ludzie i inne domy. Nie jestem w stanie do dziś tego wyjaśnić.

Zaś z dachu naszego pensjonatu wspaniałe widoki na … pola ryżowe. Wielu turystów, przede wszystkim Chińskich dociera na te pola ryżowe dla obserwacji i fotografii wschodu i zachodu słońca. Douyishu znane jest w rejonie Yuanyang, jako najlepsze miejsce do obserwacji wschodu słońca na polach ryżowych, co oznacza, ze kolejne atrakcje właśnie związane ze wchodem słońca czekają nas następnego dnia.

Jakie to atrakcje czekały nas zarówno wieczorem na noclegu, następnego dnia o wschodzie słońca i jak przebiegała wędrówka przez kolejne, zagubione w górach wioski, gdzie niemal zgubiliśmy drogę - opowiem w kolejnym miesiącu.

Wioska JingkouWioska Jingkou

YuanyangYuanyangYuanyang

YuanyangYuanyangYuanyang