Raymond Chandler "Kłopoty to moja specjalność"

Po raz drugi w naszej rubryce mój ulubiony autor kryminałów - Raymond Chandler. A okazją - choć spóźnioną o ponad miesiąc - do prezentacji jego zbioru czterech opowiadań “Trouble is my business” (prawda, że tytuł dużo lepiej brzmi po angielsku?) jest 50-ta rocznica śmierci autora w dniu 27 marca 1959 roku.
Chandler urodził się w 1888 roku w Chicago, potem jakiś czas przebywał w Anglii, by w 1912 wrócić do USA. Po powrocie imał się różnych zajęć: był robotnikiem, żołnierzem w czasie I Wojny Światowej, potem zaś - do lat 30-tych - także księgowym. I właśnie w latach 30-tych - podobno za namową starszej o 18 lat żony - Cissy - postanawia zarabiać na życie pisaniem.
Jego pierwsze opowiadanie “Szantażyści nie strzelają” ukazało się w 1933 w magazynie “Black Mask”, będącym przedstawicielem pism zamieszczających tzw. pulp fiction, czyli opowiadania kryminalne. Opowiadanie to po raz pierwszy w Polsce zostało wydane w marcu 2009 w tomie noszącym ten właśnie tytuł.
Te cztery opowiadania z tomu “Kłopoty to moja specjalność” to: opowiadanie tytułowe oraz “Świadek oskarżenia”, “Złote rybki” i “Gorący wiatr”. Powstały one pomiędzy 1934 rokiem - “Świadek oskarżenia - a 1939 (opowiadanie tytułowe). Są to chyba najsłynniejsze, a dla mnie najlepsze opowiadania Chandlera. Właśnie od roku 1939 powstawały jego najbardziej znane utwory - powieści kryminalne. Serię 7 powieści zapoczątkował “Wielki sen”, który prezentowałem w tej rubryce przed trzema laty.
W każdym z tych czterech opowiadań spotykamy Philipa Marlowe, choć naprawdę po raz pierwszy pojawił się on na kartach “Wielkiego snu”. I w każdym z nich Marlowe pakuje się w kłopoty. “Kłopoty to moja specjalność. (..) Dwadzieścia pięć dziennie i dwieście pięćdziesiąt, jeżeli załatwię sprawę” - tak zaczyna się tytułowe opowiadanie zbioru. Najbardziej lubię “Gorący wiatr” (“Red wind”) z 1938 roku. Na 35-tej stronie opowiadania sam Marlowe streszcza dotychczasową fabułę tymi słowami: “Wspaniale! - wykrzyknąłem. - Niech mi pani opowie o perłach. Mieliśmy już morderstwo, tajemniczą kobietę, obłąkanego zabójcę, bohaterski ratunek i policjanta, który dał się namówić na złożenie fałszywego raportu. Teraz kolej na perły. W porządku … zamieniam się w słuch”. Akcja opowiadania rozpoczyna się w następujący sposób: “Przez cały wieczór wiał wiatr z pustyni. Jeden z tych suchych, ciepłych wiatrów, które przeciskają się przez przełęcze górskie, schodzą w dół, mierzwią przechodniom włosy, wywołują rozstrój nerwowy i swędzenie skóry. W taki dzień każda pijatyka kończy się burdą. Łagodne drobne żony sprawdzają palcem ostrość kuchennych noży, przyglądając się szyjom mężów. Wszystko może się zdarzyć. Bywa nawet, że człowiek dostanie w knajpie uczciwie napełnioną szklankę piwa”.
Takie właśnie opisy oraz charakterystyki bohaterów, to główny smaczek opowiadań Chandlera. W tym zbiorze opowiadań można natrafić na wiele takich “chandleryzmów”, jak choćby na takie jak: “Czułem się fatalnie - jak amputowana noga”, czy charakterystyka jednej z postaci tytułowego opowiadania “Dziwny facet, nie całkiem zły, ale nie na tyle niewinny, żebym miał płakać nad jego ciężkim losem”.
Chciałem napisać, że polecam też “Złote rybki”, ale w zasadzie każde z tych opowiadań mogę czytać niemal bez przerwy. Przecież z opowiadania “Kłopoty to moja specjalność” pochodzi jeden z moich ulubionych “chandleryzmów”: “Byłem z nią dwa razy w lokalu; dwukrotnie też siedzieliśmy razem u niej w domu, popijając jej whisky. Było to bardzo miłe, ale miałem na to za mało czasu, pieniędzy, eleganckich strojów i wytwornych manier. Potem znikła z El Milano, i jak słyszałem przeniosła się do Nowego Jorku. Byłem zadowolony, gdy wyjechała - mimo że nie przyszło jej nawet do głowy, żeby się ze mną pożegnać”.
