
Shangri-La i Horse Racing Festival
Shangri-La to mityczna kraina szczęścia z powieści Jamesa Miltona, położona gdzieś wśród gór i śniegów Tybetu. Książkowa Shangri-La to oczywiście tylko wytwór fantazji autora. Jednak i sama idea i nazwa przyjęła się na Zachodzie. Imię tej krainy noszą hotele, statki, a nawet … gry komputerowe. Ale pewnie nie wiecie, że Shangri-la istnieje naprawdę i to dzięki pomysłowości Chińczyków. Otóż stwierdzili oni w wyniku przeprowadzonych badań i analiz opisu powieściowej krainy, że Shangri-la to nic innego, jak okolice miasta Zhongdian w północnym Yunnanie. I od 2002 roku Zhongdian nosi oficjalną nazwę Xianggelila, czyli właśnie Shangri-la.
W ubiegłym roku we wrześniu mieliśmy okazję trafić w naszych wędrówkach po Chinach do tego właśnie miejsca, będącego stolicą Tybetańskiego Okręgu Autonomicznego Deqin. Pierwsze wrażenie po lądowaniu na malutkim lotnisku Shangri-la to zapieranie tchu w piersiach. Ale to jeszcze nie widoki, to tylko wysokość: miasto położone jest bowiem na wysokości 3200 m n.p.m. i naprawdę wymaga chwili aklimatyzacji. Na lotnisku czeka na nas Becky – Chinka, nie Tybetanka, o angielskim imieniu i jedziemy do prowadzonej przez nią i jej męża hoteliku “Kevin’s Inn” niedaleko starówki, gdzie spotykamy wędrowców niemal z całego świata. Planujemy spędzić kilka dni w samym miasteczku i okolicach, by potem pojechać do świętej góry Meili Xue Shan, już niemal na granicy Yunnan i Tybetu (zobacz relacja w czerwcu 2009). Główny punkt programu do olbrzymi klasztor tybetański Songzanlin Si, na północnym krańcu miasta. Już na wstępie czeka nas wspaniała niespodzianka, nieco modyfikująca pierwotne planu pobytu. Okazuje się, że właśnie jutro na miejscowym stadionie zaczyna się słynny w tym rejonie festiwal koński (Horse Racing Festiwal).
Festiwal wyścigów konnych to okazja do wielkiego zjazdu przedstawicieli różnych mniejszości narodowych zarówno z najbliższej okolicy Zhongdian, jak i z całego niemal Yunnanu, Tybetu, jak i Syczuanu (o nich napiszę w przyszłym miesiącu). Wśród oglądających festiwal są i mnisi buddyjscy i Tybetańczycy o charakterystycznych ciemnych twarzach. Jest też sporo turystów chińskich i nieliczni cudzoziemcy. Stadion, na którym odbywa się festiwal może pomieścić tak ze 40 tysięcy widzów, jest niemal pełen. Miejsca w górnej części trybun – ze słońcem – pozwalają na obfotografowanie co barwniejszych strojów i co ciekawszych twarzy. A na murawie stadionu na początek obserwujemy występy zespołów folklorystycznych, zespołowe ćwiczenia tai-chi (oczywiście wszyscy ubrani na biało), a także występy lokalnych gwiazd muzyki rozrywkowej. A kiedy będą wyścigi końskie? Dopytujemy się o to: trochę po chińsku, a trochę w języku migowym – będą po przerwie około 13:30. Przerwa zaś to możliwość obserwowania uczestników festiwalu, okupujących okoliczne pole i pagórki. Panuje atmosfera pikniku: ludzie jedzą przyniesione, lub zakupione zapasy, piją piwo i wodę. I obserwują żołnierzy chińskich, którzy niedaleko stadionu mają swoją bazę i swój ogrodzony teren. Żołnierze także pilnują porządku przy wejściach na trybuny stadionu, a także przechadzają się wśród uczestników festiwalu. Czynią to jednak dyskretnie – nie czuje się więc atmosfery zagrożenia, czy inwigilacji. Wygląda, że i mniejszości i Tybetańczycy i Chińczycy i goście zagraniczni potrafią zgodnie i w harmonii bawić się na tej wielkiej imprezie.
Popołudniowe wyścigi koni to kolejna atrakcja festiwalu. Wygląda na to, ze odbywają się w różnych kategoriach i na różnych dystansach. Ludzie na trybunach gorąco dopingują jeźdźców na koniach, a zwycięzców nagradzają wielkimi brawami. Bawią się nieźle, a dodatkową atrakcję dla nich stanowimy my, siedzący wśród tłumu Chińczyków. I wraz z nimi dopingujemy konie, jemy pestki słonecznika oraz lokalne lody. Zabawa jest naprawdę przednia!
Po południu jedziemy do tybetańskiego, czynnego klasztoru Songzanlin, który zasługuje na odrębną relację. Więc teraz tylko o zakończeniu dnia na rynku Starego Miasta Shangri-la. No cóż: tzw. Stare miasto to – jak w wielu innych miejscach w Chinach – po prostu odbudowana stara zabudowa. Mimo, że domy są nowe, to jednak jakimś cudem zachowują atmosferę dawnego miejsca. Sklepiki są otwarte i czekają na turystów, knajpki serwują lokalne tybetańskie specjały i nie tylko. A na rynku?
Na niedużym rynku odbywają się każdego wieczora tańce tubylców. W dużym kręgu poruszają się – w rytm lokalnego disco z elementami ludowej muzyki tybetańskiej – i młodzi i kobiety w strojach mniejszości i dzieci, a także mężczyźni. O dziwo wszyscy znają kroki, poruszają się z gracją – widać, ze bawią się naprawdę wspaniale. Zaczyna zmierzchać – opuszczamy więc plac i udajemy się do knajpki na kolację. A potem? A – jak mawiał Kipling - to już zupełnie odrębna historia.









