Pożegnanie z komisarzem Wallanderem

Niedawno (listopad 2010) ukazał się „Niespokojny człowiek” Henniga Mankell’a. Ostatni już tom z komisarzem Kurtem Wallanderem w roli głównej. To nie tylko autora, ale także moje pożegnanie z komisarzem Wallanderem po ponad 7-miu latach znajomości. To w 2004 roku przeczytałem „Mordercę bez twarzy”, i zostałem fanem komisarza. I od tego czasu rok w rok towarzyszyłem śledztwom Wallandera w kolejnych, tłumaczonych na polski książkach Mankell’a. O jednej z nich „Człowiek, który się uśmiechał” pisałem na blogu w lipcu 2007 roku (Hennig Mankell “Mężczyzna, który się uśmiechał”)
Uwielbiam dobre powieści kryminalne, uwielbiam też książki Mankella (który zresztą pisze nie tylko kryminały z Kurtem Wallanderem - strona autora: http://www.henningmankell.com/), jak na przykład „Chińczyk”, także opisany na blogu Henning Mankell “Chińczyk” w ubiegłym roku.
Dlaczego uwielbiam książki z Wallanderem w roli głównej? Odpowiedź jest bardzo prosta. Po pierwsze bardzo lubię samego bohatera. Kurt Wallander, pracujący w niewielkim Ystad, to policjant i człowiek, o którym bardzo wiele można powiedzieć. To nie żaden super-men, lecz inteligentny śledczy, wykorzystujący z powodzeniem swoją intuicję i nosa – do sytuacji i do ludzi. I choć pracuje w zespole i potrafi wykorzystać siłę zespołu, to zwykle w najważniejszych momentach podejmuje działania sam. Przez te kilka lat kontaktów z Wallanderem poznajemy też jego życie rodzinne, żonę, z którą się rozwiódł, ojca malującego stale obraz z głuszcem, córkę Lindę. Wiemy, że uwielbia operę i ma kolekcję płyt, niezbyt interesuje się polityką i niepokoi się pogarszaniem się bezpieczeństwa w Szwecji. Ba, znamy nawet jego choroby, kobiety, które kocha, a także inne dramatyczne szczegóły z jego policyjnej kariery. Czuję, że po prostu znam tego człowieka i zwyczajnie lubię i cenię go.
Książki z Wallanderem klasyfikowane są jako kryminały. Naprawdę jednak – i to jest właśnie druga rzecz, która tak mi się w nich podoba – intryga kryminalna przedstawiana jest na tle współczesnej Szwecji, a w niektórych powieściach także na tle współczesnego świata i takich krajów jak RPA, czy Rosja. Mamy więc w nich bardzo wnikliwe analizy społeczne, a czasem też polityczne, z odniesieniami do wydarzeń końca XX wieku. A że autor, znany ze swoich lewicowych poglądów, nie ukrywa swojego krytycyzmu wobec systemu dominującego na świecie, czy socjaldemokratycznej Szwecji, to w tle śledztw Wallandera znajdujemy wiele, czasem dość zaskakujących refleksji o tym współczesnym świecie.
No i trzecia rzecz: sama fabuła. Książki są doskonale skonstruowane, fabuła wciągająca, bohaterowie, także ci po „ciemnej stronie mocy” interesujący – to po prostu bardzo dobra literatura, którą czyta się – mimo, że często książki liczą po 500 stron – bardzo dobrze.
Czego więc można spodziewać się po „Niespokojnym człowieku”. Otóż, to – jak mawia mój znajomy mieszkający notabene niedaleko Ystad, bo w Malmö – „surpise, surprise”. Czyli duże zaskoczenie dla czytelnika. Bo naprawdę to nie jest kryminał, lecz książka o … starości. Tak, tak: o starości i jej przeżywaniu przez komisarza Wallandera. Co prawda mamy w powieści wątek kryminalny, a w zasadzie szpiegowski, znika wkrótce jeden z bohaterów, jednak akcja rozwija się niespiesznie, gdyż śledztwo przejmuje sztokholmska centrala, a Wallander prowadzi właściwie swoje „prywatne” dochodzenie. Prowadzi, gdyż tym zaginionym jest ojciec narzeczonego jego córki Lindy. Komisarz, który ma już 60 lat wspomina w książce swoje stare sprawy: morderstwo w Noc świętojańską („ O krok”), zabójstwo staruszków na wsi w Skanii („Morderca bez twarzy”), czy też sprawę, która zaprowadziła go aż do Rygi („Psy z Rygi”). Przede wszystkim jednak Wallander wspomina swoje życie. „Nagle zobaczył przed sobą całe swoje życie. Doliczył się w nich czterech przełomowych momentów”. Odwiedza dom, w którym mieszkał jako chłopiec, a w którym teraz mieszkają blisko-wschodni emigranci. Wspomina trudne relacje z ojcem, który nie chciał by syn został policjantem. Historię swojego nieudanego małżeństwa: poznanie i późniejszy rozwód z Moną, a także miłość do Łotyszki Baiby. W powieści zresztą pojawiają się obie te kobiety: Baiba, z krótką pożegnalną wizytą w Ystad, natomiast Mona, jako osoba potrzebująca wsparcia w depresji i chorobie alkoholowej. Oparciem dla starzejącego się i schorowanego Wallandera (cierpi na cukrzycę, zaczyna też tracić pamięć) jest córka Linda i wnuczka Klara. Bardzo prawdziwy i bardzo przejmujący jest ten starzejący się Wallander.
A wątek szpiegowski? Toczy się tak trochę w tle tej powieści o starości i dojrzewaniu do starości. Dotyczy zresztą historii sprzed ponad 20 lat (lata 80-te), kiedy to w pobliżu bazy szwedzkiej marynarki wojennej pojawiły się i na skutek niejasnych decyzji nie zostały zatrzymane okręty obcego kraju. Czyżby więc rosyjski szpieg gdzieś wysoko w strukturach dowództwa armii? Tu czeka nas kolejna niespodzianka ze strony Mankell’a. Szpieg jest, ale …. wcale nie jest tak, jak wszyscy podejrzewają.
„Cień się pogłębił. Kurt Wallander powoli znikał w mroku, by po kilku latach definitywnie pogrążyć się w pustym wszechświecie zwanym chorobą Alzhaimera.
I to już wszystko. Historia Kurta Wallandera nieodwołalnie dobiega końca. Zostało mu dziesięć lat życia, może dwanaście. Ale one należą wyłącznie do niego, do Lindy i Klary, do nikogo więcej.”
Tak kończy się dziewiąta powieść z Kurtem Wallanderem. Powieść jakże inna od dotychczasowych. I jakże wspaniała.
